Toskania

Toskania

Obudziliśmy się na kempingu w Italii. Wyobraźcie sobie jak wygląda Toskania o wczesnym, włosko słonecznym poranku.
My ujrzeliśmy kampery i słychać było autostradę. Było przed 11:00, więc stwierdziliśmy z Marcelem, że zdążymy zwinąć się przed dobą kempingową.
Spakowaliśmy manatki i wyjechaliśmy z kwatery przed południem. Ustawiliśmy GPS na kemping położony na wzgórzu. Przy czym nawigacja była nastawiona na omijanie dróg krajowych i unikanie płatności.
Wyrzuciło nas na tereny pagórkowate, z rosnącymi rzędami cyprysami, które torują drogę do domostw. Taką Toskanię chcieliśmy zobaczyć. Jednak piękno tego regionu nie jest przereklamowane.

Wiejskie drogi poniosły nas do Sieny. Niektórzy może pamiętają, że tutaj z pociągu wysiadała Lucy (Liv Tyler) w filmie Bernardo Bertolucci’ego – „Ukryte pragnienia” z 1996 roku. Podczas cykania zdjęć miasta z daleka, na samochodzie wylądowała modliszka i zabujała odwłokiem w rytmie jakiegoś tańca. Nie wiedzieliśmy, że żyją one tutaj naturalnie. Od razu na myśl przyszło słowo „kobieta”. O jakich kobietach pomyśleliśmy w danym momencie? Bóg wie!

 

Skoro wylądowaliśmy w pobliżu miasta, to postanowiliśmy zrobić zakupy w markecie. Weszliśmy szybko i za chwilę wyszliśmy z winami poleconymi przez Włoszkę. Mimo że mówiła po włosku a my, że z Polski to… po angielsku, i tak udało jej się polecić dobre butelki. Jeszcze tylko tankowanie i na kemping.
Pomknęliśmy szybką szosą na południe od Sieny.

Po godzince drogi znowu wylądowaliśmy na wiejskich drogach. Opuszczony zajazd jak na amerykańskiej prerii. Możnaby się rozbić na dziko, ale co lepsze wynająć i zrobić zajazd dla przyjaciół. Wspinamy się znowu po drodze wygiętej jak jelita. Jest! Zdobyliśmy kemping na wzgórzu.

Jest przepiękny widok z naszego poletka. Namiot jeszcze czekał kilka godzin nierozpakowany zanim uraczyliśmy się widokiem na leżakach z winkiem w plastikowym kubku. Założyliśmy obóz w gaju oliwnym. Bez kitu, wokół rosły oliwki, które właściciele już zebrali na oliwę, a pracownicy skracali gałęzie na nowy rok. Wieczorem poszliśmy na piwko i lazanię do kempingowej restauracji. Lazania była jak niebo w gębie.

Następnego dnia podążyliśmy za poszukiwaniem bankomatu. Dotarliśmy do małego miasteczka z jednym pubem, kawiarnią, minimarketem i aż dwoma bankomatami. Niestety zapomnieliśmy, że jest sjesta do 16:00 i sklepy zamknięte. Na szczęście w kawiarni rezydował właściciel i zamówiliśmy po zimnym piwku, z lodówki w stylu starej szafy. Rozsiedliśmy się na stoliku przy jedynym w mieście rondzie, które było opustoszałe wczesnym popołudniem. Wzięliśmy mapy w dłoń i rozpoczęliśmy planowanie jutrzejszej drogi.

To zabawne, ale właściciel kafejki powierzył nam swój dowód osobisty, byśmy mogli zakupić papierosy w automacie. Okazuje się bowiem, że aby maszyna wydała fajki, to trzeba wsunąć do niej kartę ID z chipem, żeby udowodnić pełnoletniość.

Podszedł do nas starszy mężczyzna poszukujący drogi. Był to amerykanin z Czikago, udający się do jakiegoś malowniczego miejsca w pobliżu, które polecił mu przyjaciel. Pomogliśmy ziomkowi znaleźć miejsce na mapie, a sami zrezygnowaliśmy z zakupów, na rzecz chillowania na kempingu.

To nasza ostatnia noc tutaj. Musieliśmy wyruszyć do Polski następnego dnia. Zwieńczyliśmy ten dzień piwkiem i pizzą w restauracyjce. Potem pożegnaliśmy się z  Toskanią przy naszej polskiej orzechówce pod niesamowicie jasnymi gwiazdami tego wieczoru. Na pewno będziemy chcieli tu jeszcze wrócić!

Totka wychlała 0,5l oleju, ale nic dziwnego, po 4 tysiącach kilometrów też jej się należała buteleczka 😉

Wybrzeżem przez Alpy do Włoch

Wybrzeżem przez Alpy do Włoch

Wtorek. Zaczęło się przyjemnie. Kąpiel w morzu, ciepła woda, słoneczny dzień. Z Ste Maxime wyruszyliśmy w samo południe. Zdecydowaliśmy się nie korzystać wstępnie z płatnych autostrad, przynajmniej do samego Monaco. Tam każdy odcinek autostrady wychodzi bardzo drogo, przelicznik ~ euro=kilometr.

Nasz punkt docelowy to Cinque terre, malownicze miasteczko na wybrzeżu Włoch, tuż przed samą Toskanią. No to jedzim 😉 Mijamy okolice Cannes, ogromną Niceę gdzie stoimy w korkach, w końcu i naszpikowane kasą Monaco. Cała ta droga jest niesamowita ale również bardzo zatłoczona. Robi się mało czasu.

Dalszą trasę google wyznacza nam przez Alpy. Niby krótki odcinek ale wije się jak wąż w górę i w dół. Znowu jedziemy bardzo długo. Tam też mijamy granicę z Italią no i cholera już wiemy, że nie damy rady dojechać do celu przed północą. Słaba godzina na zwiedzanie miasta…

Zatem zmiana planów, szukamy kempingu gdzieś na wybrzeżu Włoch. Jednak nie, dojeżdżając do Sanremo kolejna weryfikacja. Tu wszystko wygląda inaczej. Dosłownie miasto na mieście i same korki. Przemieszczając się w tym tempie szybko nie zobaczymy Toskanii.

Mamy dosyć, szukamy płatnej autostrady do samej Florencji lub Sieny, byle tylko dojechać jak najdalej i obudzić się już na miejscu. Wujek google podpowiada, że będzie to grubo po północy. Ma rację, jest po pierwszej. Zmęczeni dniem, zjeżdżamy z autostrady zaraz za Florencją i jedziemy jeszcze 10 km do wyszukanego wcześniej kempingu. Udało się,  jesteśmy w Toskanii!

Do zapamiętania na przyszłość. Za prawie 400 kilometrowy odcinek autostrady zapłaciliśmy 37 euro. Takie informacje (orientacyjne ceny) są dostępne w necie. Lepiej jest czasem zdecydować się na nudniejszą trasę i za to zapłacić, niż tłuc się w korkach dla fajnych widoków na morze 😛

 

Cadolive. Dzień drugi – wyspa Porquerolles

Cadolive. Dzień drugi – wyspa Porquerolles

Niedziela rano. Wstajemy później niż zaplanowaliśmy ale tak jest lepiej, nie ma się co spieszyć, w końcu jesteśmy na wakacjach. Po śniadaniu, kawie i porannej gimnastyce z ożywioną Naomi pakujemy się w auto i zmierzamy do portu, gdzie zostajemy odprawieni na przeprawę statkiem do mariny wyspy Porquerolles. Bardziej ciekawych w temacie samej wyspy zapraszam do wikipedii.

Sam kurs trwa około 15 minut. Na miejscu, dla sprawniejszego przemieszczania się wynajmujemy rowery. Trochę mi tego brakowało podczas wyjazdu, dlatego dzisiaj będzie można się odkuć. Dostępne rowery MTB są z przyzwoitej półki cenowej, więc można poszaleć. Myślę, że tutejsze trasy zadowoliłby nie jednego amatora górskich przepraw. Tak prezentuje się na tle wybrzeża prawdziwy polski pirat 😉

Naszym celem była plaża Notre Dame (jedna z trzech na wyspie). Zaopatrzeni w mapę Porquerolles wyruszyliśmy eksplorować. Dla wypraw z dziećmi dostępne są pojazdy zaopatrzone w naczepę z koszykiem.

Plaża zwala z nóg, tym razem nie obyło się bez wspólnej kąpieli w morzu mimo, że byliśmy jednymi z nielicznych praktykujących wchodzenie do chłodnej już wody. Na lazurowym koniecznie zabierajcie gogle do pływania pod wodą, przy dobrych warunkach widoczność na co najmniej 20 metrów.

Po plażingu i pikniku zbieramy się do powrotu do mariny. Razem z Ufem wybraliśmy dłuższą trasę w górę wyspy. Wylaliśmy tam siódme poty ale warto było, wzgórze z panoramą na wybrzeże zdobyte, a zjazd z powrotem na zasłużone piwo do wioski był niesamowity! Dla innych wygrały lody 😉

Co tu dużo pisać, zamieszczam fotki w galerii i widzimy się w nowym tygodniu, kiedy to będziemy zmierzać południem Francji w stronę włoskiej Toskanii! Tym samym dziękujemy Leo, Laurance i Naomi za super gościnę… à bientôt!

Cadolive. Dzień pierwszy – Cassis

Cadolive. Dzień pierwszy – Cassis

Do Cadolive obraliśmy drogę przez Montpellier. Sam dojazd z Millau był chyba najciekawszą trasą jaką do tej pory jechaliśmy. Kręty wjazd pod górę, jazda przez bezdroża na szczycie wzniesienia, następnie długi zjazd w dół (często bardzo ostry) i tak na przemian.

Cadolive to niewielka miejscowość w Prowansji na uboczu Marsylii. Dojechaliśmy do celu dopiero po 22. Zgubiliśmy się na drodze kilka razy ale do tego chyba już przywykliśmy. Na jednej z wąskich uliczek powitali nas Laurance i Leo. Jest radość, a w parze z nią butelka czerwonego wina i rozmowy przy wspólnej kolacji… Plan na najbliższy weekend został ustalony. W sobotę odwiedzamy skalny szlak i winiarnię w mieście Cassis, w niedziele wyspę Porquerolles.

Jest sobotni poranek. Po śniadaniu zapoznawczym z 2 letnią Naomi, córeczką L & L, udajemy się do Cassis. Naomi jest baardzo żywiołową dziewczynką. Przezabawna i niesamowicie interaktywna. W pewnym momencie zaczeła nas nawet uczyć francuzkiego. Na szczęście z dziećmi nie trzeba znać wspólnego języka żeby się wzajemnie rozumieć. Urocza nieprawdaż? 🙂

Niecała godzina drogi i jesteśmy na miejscu. Skalny szlak Calanques to zalewnie Morza Śródziemnego ‚uwięzione’ między wysokimi skałami wybrzeża. Trochę takie lokalne fiordy do wspinaczki i wypoczynku, wykorzystywane również jako przystanie dla jachtów.

W jednej z takich dolin urządzamy piknik, moczymy nogi, po czym wracamy na spacer i lody (nie piwo) do centrum Cassis.

W drodze powrotnej znajdujemy winnice. Szczęście nam sprzyja, załapaliśmy się na degustację białego wina, z którego słynie Bodin (jedna z jedenastu winnic w okolicy miasta). Białe wino idealnie komponuje się z owocami morza, kupujemy butelkę.

Laurance proponuje do kolacji świeże ostrygi jako aperitif. To nasze pierwsze w życiu podejście do tego typu przekąski. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że zjada się je na żywca! Barbarzyńsko odcina i zassysa się zawartość paszczą prosto z muszli, wcześniej skrapiając cytryną. Podobno smakują oceanem …ale dobre były 😉

Dzień dobiega końca. Tej części wyprawy nie idzie do końca opisać tekstem, dlatego poniżej dopełnienie galerią. W niedzielę kolejna wycieczka.